Mój syn zimą najchętniej spędzałby każdy dzień na śniegu do momentu aż zmieniłby się w sopel lodu. Ja z kolei nie jestem fanką arktycznych klimatów i zdecydowanie wolę kocyk, ciepłą herbatę i hygge na kanapie. Na szczęście da się znaleźć złoty środek i po szaleństwach na sankach, zasiąść do wspólnej gry w domowym zaciszu.

Najlepiej żeby była to planszówka, która będzie angażowała całą naszą trójkę. Pogrywamy, więc w memory, lotto, gry sprawnościowe i powoli odkrywamy kolejne, przy których wszyscy możemy dobrze się bawić. Jedną z nich jest 'Lotto Zwierzęta" od Kapitana Nauki, która przeznaczona jest już dla maluchów od 2 lat. Jej zasady są bardzo intuicyjne i w zasadzie po otwarciu pudełka, mój syn od razu wiedział co robić. W przypadku naszego trzylatka zabraliśmy się za trudniejszy wariant, który polega na dopasowaniu wszystkich 36 żetonów ze zwierzakami do 6 kart z różnymi krainami (np. łąka, gospodarstwo, las, Sawanna). Do gry można też wprowadzić element rywalizacji, czyli losować wśród graczy duże karty i dopasowywać żetony na czas. Opcji rozgrywki jest wiele, a sam producent proponuje ich aż cztery.


Przy okazji, rozgrywka jest też dobrą okazją do poznania nowych gatunków zwierząt. Igor dowiedział się m.in dlaczego morsy i lisy polarne żyją w Arktyce, a sępy w gorących rejonach pustynnych. Nowością był też dla niego maskonur - ptak żyjący w Arktyce, o którym koniecznie musieliśmy doczytywać w sieci, by zaczerpnąć o nim więcej informacji.


Żetony i karty przyciągają wzrok sympatycznymi i pięknymi grafikami, których autorami są polscy ilustratorzy. Mamy już dwie, inne gry typu - lotto i jak do tej pory, to "Lotto Zwierzęta" najbardziej spodobała się naszemu maluchowi. 


Dodam tylko, że po szaleństwach na śniegu czy placu zabaw, jest to doskonała okazja do wyciszenia, a dla rodziców do napicia się ciepłej kawy. Więcej info na temat gry znajdziecie tutaj. 

A Wy lubicie planszówki? Możecie polecić inne, fajne i angażujące gry dla 3-latka i rodziców?

W domach dziecka w oddziałach dla najmniejszych dzieci panuje cisza. To dziwne, bo przecież "normalne" niemowlęta płaczą wiele razy w ciągu doby i w ten sposób sygnalizują swoje najważniejsze potrzeby. Tam maluchy nie wołają, bo wiedzą, że i tak nikt nie przyjdzie, by je utulić. 

System jest stworzony tak, że na dwadzieścioro maleństw przypadają dwie panie. One mają z zadanie nakarmić, przewinąć, podać leki... Nie mogą się rozdwoić i rozczłonkować, by każdemu maluszkowi zapewnić odpowiednią ilość czułości. W bezdusznych rachunkach i przeliczeniach zabrakło już na to środków. Bez tulenia, lulania, kołysania i dotyku najmniejsze dzieci szybko marnieją. Nie są tak ruchliwe, jak ich rówieśnicy, którzy mieli więcej szczęścia i urodzili się w kochających rodzinach. Nie wodzą wzrokiem... a część ich mózgu, która odpowiada za empatię nie ma szans na prawidłowy rozwój. Z czasem ich ciało broni się przed brakiem czułości i same wprawia się w wahadłowy ruch, co później zostanie nazwane chorobą sierocą. 

Są jednak miejsca, gdzie takim porzuconym dzieciom daje się szansę na poczucie bezpieczeństwa i miłości. Jedno z nich powstało w Łodzi (moim mieście, więc piszę to z dumą). Mowa o "Tuli-Luli", o którym ostatnio sporo mówi się w mediach, choć ośrodek działa od kilku miesięcy. To taki zastępczy dom dla osieroconych dzieci, które trafiają tam od pierwszych dni swojego życia. Maluchy są tam nie tylko otoczone specjalistyczną opieką m.in neurologa, psychologa rozwojowego czy pediatry, ale przede wszystkim troską i czułością, którą otrzymują od stałych opiekunów. Wśród nich są też wolontariusze, którzy przychodzą, by stworzyć dla tych maleństw namiastkę prawdziwego domu, takiego w którym bliscy noszą, kołyszą i otaczają czułością. I wiecie co? To jest jedna z najbardziej pozytywnych rzeczy jaką ostatnią usłyszałam. Słuchałam jak szefowa ośrodka opowiada o inicjatywe "Tuli-Luli" i o tym jak pierwsi podopieczni w pozytywny sposób się zmieniają pod wpływem troski i dotyku - zaczynają wesoło kopać, ruszać się i....płakać...wtedy rosło mi serce. Jednocześnie pękało na myśl o tych okruszkach, które rodzice porzucili zaraz po urodzeniu. 

I wiecie co jest w tym wszystkim najważniejsze? By niemowlę wyrosło na szczęśliwego człowieka nie wystarczy zapewnić mu wszystkich podstawowych potrzeb i odłożyć do łóżeczka. 

To noszenie, przytulanie, o którym mówi się często - nie rób tak, bo przyzwyczaisz - jest jak magia! 

Bez niego nie ma szczęśliwych ludzi. Więc, proszę - nie słuchajcie tych bredni i noście! Przytulajcie ile tylko dusza i serce zapragnie, bo tak trzeba. A pewnego dnia i tak maluch zejdzie z Waszych rąk i pogna w świat z odwagą. Zrobi tak, bo będzie czuł się ważny i kochany. A to właśnie naszą rolą jest kochać dzieci. Najbardziej jak tylko potrafimy.



Kiedy byłam na urlopie macierzyńskim, zastanawiałam się jak pokierować moją drogą zawodową. Nie byłam pewna czy uda mi się organizacyjnie pogodzić pracę na etacie z macierzyństwem, a przy okazji otworzyły mi się drzwi do pracy w roli wolnego strzelca. Spróbowałam swoich sił w nowej roli i nie żałuję.

Na początku nie wiedziałam jak będzie, ile dokładnie będę pracować i i ile zarabiać. Z czasem, gdy freelance dobrze się rozkręcił zdecydowałam się na kolejny krok i założyłam firmę. Prowadzę ją już blisko 2 lata i coraz częściej doceniam zalety, które sprawiły, że na początku to rozwiązanie wydało mi się najlepsze. 

1. Kupuję, więcej czasu dla rodziny

Nie gnam na złamanie karku o poranku do biura. Nie przedzieram się przez korki, by zdążyć do pracy. Rzadko klienci chcą umawiać się na spotkania wcześniej niż na 10, więc nawet, jeśli muszę opuścić moje "biuro" (czyli dom), to nie muszę się śpieszyć. W ten sposób kupuję też sobie trochę spokoju. O poranku mamy czas na leniwe przebudzenie, przytulanie i chwilę zabawy. Każde popołudnie też mamy dla siebie, bo nawet jeśli nie udaje mi się skończyć pracy o czasie, to nadrabiam wieczorami, gdy już syn śpi. Oczywiście jest też druga strona medalu, czyli czasem pracowanie w dni wolne czy na wakacjach, ale w ogólnym przeliczeniu z pewnością mam więcej czasu dla rodziny, niż gdybym pracowała na etacie.



2. Gdy dziecko choruje, mogę z nim zostać

W wielu domach w trakcie chorób dzieci, pracujących rodziców wspierają dziadkowie. U nas nie ma takiej opcji. Jeśli maluch choruje, to my musimy się nim zająć. Myślę, więc, że z etatu wyleciałabym w zeszłym roku co najmniej kilka razy, gdy maluch chorował ciągiem niemal przez 3 miesiące. Nie było to oczywiście łatwe, bo jednak swoją pracę musiałam zrobić i często nadrabiałam po nocach, ale nikt z pracy mnie nie wyrzucił.

3. Mogę przedłużyć wspólne wakacje

Praca zdalna pozwala na wykonywanie obowiązków z dowolnego miejsca, więc mogę przedłużać sobie długie weekendy czy wakacje i zająć się zleceniami na wyjazdach, które nie zakończyły się w ostatnim dniu urlopu lub gdy po prostu przedszkole nie pracuje, a każdy rodzic na etacie już powinien być w pracy.


4. Jestem wtedy, gdy trzeba

Po prostu, jestem w razie potrzeby i tzw. "pożarów". Nie muszę prosić szefa o pozwolenie na wcześniejsze wyjście z pracy. Kiedy dzwoni telefon z przedszkola, najczęściej to ja mogę najszybciej zareagować np. gdy dziecko nagle zachoruje.

5. Muszę być świetnie zorganizowana

Praca w domu ma też swoje pułapki. Jeśli nie postawi się wyraźnej granicy między pracą, a po prostu byciem w domu i jego ogarnianiem, to można się w tym zatracić. Jeśli o poranku zastanę w zlewie mnóstwo naczyń, a na blacie będzie brudno, to wiem, że nie zacznę pracy dopóki tego nie ogarnę. Wtedy marnuję cenny czas, który powinnam poświęcić na pisanie. Mam więc nawyk zajmowania się tymi sprawami wyłącznie po pracy, tak by rano moja przestrzeń była wolna od chaosu. Inaczej po prostu nie mogłabym się skupić, jednak zyskujemy na tym wszyscy, bo mamy po prostu doskonale zorganizowane obowiązki domowe i więcej wolnego czasu w weekendy, których nie musimy poświęcać np. na gruntowne sprzątanie.

6. Mam czas na dopieszczanie codzienności

To nie sprawdza się zawsze, bo zdarzają się takie okresy w mojej pracy, że z natłoku obowiązków prawie zapominam jak się nazywam, ale w luźniejsze dni mogę więcej energii poświęcić na planowanie niespodzianek, świąt, spotkań rodzinnych czy choćby posiłków i ugotować coś nowego z trudniejszego przepisu. Mogę wtedy zrobić sobie extra dzień wolny z dzieckiem lub wcześniej odebrać je z przedszkola, by pójść na spacer do pobliskiego parku, zjeść lody i pokarmić kaczki. To się chyba nazywa slow life i choć u nas zdarza się czasem, a nie jest na co dzień, to bardzo to doceniam.



Na koniec muszę dodać, że bycie mamą na freelansie nie zawsze jest proste. Nie wszystko układa się idealnie, los płata figle, a prowadzenie własnego biznesu rządzi się swoimi i często twardymi prawami. Dlatego dla równowagi i by być w 100% fair wobec Was, mam, które być może też planują taki rodzaj pracy, wkrótce postaram się o kolejny wpis w tym temacie, ale podsumowujący wady.

A Wy jak pracujecie Drogie Mamy i czujecie się szczęśliwe w swojej pracy? 


Pinterest cyklicznie przygotowuje raport na temat trendów, które będą obowiązywały w nowym roku. Platforma bierze pod lupę wyszukiwania użytkowników w dziedzinach takich jak: moda, uroda, kuchnia czy....dzieci i na tej podstawie przygotowuje zestawienie o topowych trendach. Zobaczcie za czym będą szaleli rodzice w 2017 r.

Wiele osób korzysta z Pinteresta szukając tam przepisów na dania dla dzieci, pomysłów na dekoracje wnętrz czy zabawy. Sama robię tak od dawna, więc z ciekawością przejrzałam cały raport o trendach na 2017 r, a szczególnie dział poświęcony dzieciom. Niektóre z punktów znałam już doskonale, ale niektóre z nich są dla mnie zaskoczeniem. Poniżej znajdziecie 10 wytypowanych przez Pinteresta tendencji, które zawojują internet i nasze domy w nowym roku:

1. Natura i las w pokojach dziecięcych


Do pokoików dzieci zapraszamy mieszkańców lasu: jelonki, niedźwiadki, lisy, drzewa, pieńki, naturalne drewno, liście namalowane na ścianach czy góry. Niby wszystko to już widziałam, ale w trendzie chodzi o coś więcej. Pokój ma opowiadać historię o przygodzie lub wycieczce w lesie. Aranżujemy, więc kąciki do zabaw z tipi i akcesoriami takimi, jak ognisko czy drewniane pieńki. Wygląda to całkiem miło dla oka i mnie do gustu przypadło bardziej od modnych dawniej np. płaczących chmurek. 

2. Pomagamy dziecku rozwijać się, proponując zabawy i aktywności

Brzmi znajomo? Wydaje mi się nawet, że to codzienność każdego rodzica. Od dawna rodzice stają na głowie, by proponować swoim dzieciom rozwijające zabawy. Chodzi o przykłady aktywności, które w naturalny sposób pomagają w nauce mówienia czy poszczególnych umiejętności, a Pinterst to prawdziwa skarbnica inspiracji w tym zakresie.

3. Trochę magii w ogrodzie



Okazuje się, że na Pintereście rodzice szukają inspiracji na aranżację ogrodu lub chociaż jego fragmentu lub elementów, tak by przypominały one miniaturowe, bajkowe krainy. Maleńkie domki, źródełka, dróżki i miniaturowe elfy mnie przyprawiają o lekki dreszczyk grozy, ale samo tworzenie takiej bajkowej aranżacji może być świetną zabawą dla dzieci i rodziców. A efekt? Cóż... na pewno spodoba się maluchom.

4. Budowanie historii na postawie zapisanych kart

Ten temat mnie zaciekawił, bo może być świetną zabawą dla starszych dzieci. W skrócie polega to na tym, że na kartach wypisujemy początek bajki lub historii. Losujemy jedną z kart i dopowiadamy resztę według własnych wyobrażeń. Może to być świetny pomysł na wspólne spędzanie czasu np. w długie, zimowe wieczory.

5. Zabawy manualne palcami

Od lepienia, poprzez zabawy mini pacynkami. Wszystko to brzmi znajomo, ale można znaleźć na nie milion pomysłów i nowych sposobów.

6. Podróżowanie samochodem z dzieckiem i pomysły na to jak tę podróż przetrwać


Kto jechał choć raz w dalszą, samochodową podróż autem z niemowlakiem ten wie, że trzeba się do tego przygotować jak do wojny. Jednak teraz nauczeni życiem, wiemy w co się uzbroić, by taką podróż przetrwać. Otóż trzeba zaopatrzyć się w listę hacków, które nam to ułatwią, a z pomocą przychodzą inni rodzice, którzy zdążyli już wpaść na milion genialnych pomysłów, które umożliwiają nawet długie podróżowanie z dzieckiem.

7. Wirtualna rzeczywistość

To co oglądamy na ekranach ma przenikać do naszej rzeczywistości. Poznaliśmy już Pokemon Go, a w wersji dla dzieci wirtualna rzeczywistość powołuje do życia ich rysunki z kolorowanek (taką aplikację wypuścił już np. Disney). Kupić można też już gry planszowe czy kreatywne, które przy użyciu aplikacji do życia powołują dziecięce malunki czy bohaterów gier. Oczywiście wyposażyć się można także w okulary VR, ale jak dla mnie to nadal abstrakcja.

8. Domowe lody



Już wiadomo czym będziemy zajmować się latem w kuchni - będziemy na potęgę wytwarzać domowe lody, a hitem będą te w kolorach tęczy. To cieszy mnie bardzo, bo oznacza, że na Pintereście znajdziemy mnóstwo ciekawych przepisów i maluchy będą mogły latem zajadać się chłodnymi pysznościami, które sami wyczarujemy w kuchni. Na wegańskie, bananowe lody przepis już mam, więc chętnie się z Wami nim podzielę.

9. Klasyczne imiona dziecięce

Wszystko wskazuje na to, że w 2017 r. mniej dzieci będzie cieszyło się oryginalnym imieniem. Po Żyrafach i Dżesikach chcemy powrotu do klasyki... i dobrze!

10. Nauka hiszpańskiego

Tutaj kompletnie nie wiem o co chodzi, ale wychodzi na to, że cały świat oszalał na punkcie nauki języka hiszpańskiego. Jeśli więc macie ochotę, to na Pintereście znajdziecie sposoby na wtłoczenie hiszpańskiego do głów Waszych pociech.

Trendy zostały oczywiście wytypowane na podstawie wyszukiwań rodziców z całego świata, jednak sporo z nich powinno przyjąć się też w naszych domach. Co o nich myślicie? 

Cały raport znajdziecie tutaj.

Źródło zdjęć: Pitnerest


Robimy i mamy ich setki. Najczęściej przechowujemy je w pamięci komputerów lub telefonów. Mowa o fotografiach, które zapisują nasze wspomnienia i rodzinne historie. Warto je wywołać i stworzyć ścienną galerię zdjęć, która będzie piękną ozdobą mieszkania. Dziś podpowiem jak to zrobić.

Co czyni dom przytulnym? Najczęściej mówi się o wyjątkowej, ciepłej atmosferze, miękkich tekstyliach czy jasnych wnętrzach. Ja do tego wszystkiego dorzuciłabym jeszcze historię domowników, którą opowiadają wyeksponowane zdjęcia. Wtedy, gdy wchodzi się do mieszkania od razu widać, jaki charakter mają jego właściciele - czy mają dzieci, czy lubią podróżować, gotować i jakie mają pasje. Takie fotografie bardzo chciałam też mieć w naszym, nowym M. Bez nich nie czułabym się jak u siebie i to była jedna z pierwszych dekoracji o jaką się postarałam. Zanim zabraliśmy się za urządzanie, poszliśmy po poradę do znajomych architektów. Ich pierwsze wizualizacje wnętrz bardzo mnie rozczarowały. W pierwotnym zamyśle na ścianach miały bowiem wisieć obrazy. Oczywiście doceniam dzieła sztuki i uważam, że one wspaniale dopełniają wystrój, jednak mogą równie dobrze wisieć w hotelu albo restauracji. Postanowiłam, więc wziąć sprawy we własne ręce i stworzyłam na ścianie galerię z fotografii, których mamy całe mnóstwo. Niektóre zrobiliśmy jeszcze w czasach narzeczeństwa, inne powstały zaraz po ślubie i po narodzinach Igora. Galeria zawisła zaraz obok stołu jadalnego, więc zdjęcia oglądamy podczas codziennych posiłków i gdy odwiedzają nas goście. Uwielbiam, gdy wspólnie siadamy przy stole i możemy trochę powspominać. A obecny efekt prezentuje się tak:


Oczywiście galeria będzie stale się rozrastała. Planuję zaktualizować zdjęcia, wywołać je i dokupić nowe ramy w kolorach złota i srebra. Docelowo fotografie mogą zająć większość ściany w naszym salonie i właśnie tak będzie najpiękniej. Rozmieścić można je na różne sposoby, ale nam najlepiej przypadł do gustu ten, który przypomina uporządkowany chaos. To znaczy, zdjęcia są umieszczone w trzech rodzajach ram i w różnych wielkościach, ale tworzą dość spójną kompozycję. Inne propozycje ułożenia znajdziecie niżej:


Sposobów na rozmieszczenie fotografii jest całe mnóstwo. Można też z powodzeniem mieszać je z plakatami czy grafikami. Ważne, by całość wpasowała się do charakteru wnętrza. Przed powieszeniem ich na ścianie, ułożyliśmy kompozycję na podłodze i wyznaczyliśmy miejsce na zdjęcie centralne. Później powiesiliśmy pierwszą ramę i od niej odmierzaliśmy centymetrem kolejne miejsca. W praktyce okazało się to być bardzo proste i działaliśmy mierząc "na oko", ale i tak w naszym odczuciu wyszło świetnie. Jeśli nie chcesz na stałe przyczepiać zdjęć do ścian, możesz po prostu postawić je na półkach jak np. tutaj:


Co myślicie o takim pomyśle na ozdobienie mieszkania? Macie ich dużo w swoich wnętrzach?





Znasz ją pewnie od zawsze i rozumiecie się bez słów. Oczywiście mam na myśli przyjaciółkę. Ja bez swojej wiodłabym smutny i nudny żywot, więc co roku myślę o tym, jaki prezent sprawiłby jej przyjemność. Na szczęście mam już kilka sprawdzonych pomysłów, które i Tobie ułatwią zakupy.

Kiedyś widywałyśmy się po kilka razy w tygodniu albo dzwoniłyśmy do siebie i wisiałyśmy na telefonie godzinami. Teraz ona mieszka za granicą, ma swoje sprawy, a ja rodzinę, firmę i ciągle „coś”. Nie ma jednak opcji byśmy nie spotkały się w najważniejszych momentach w roku. Dzwonimy do siebie w kryzysowych sytuacjach i wiemy co dzieje się u nas na bieżąco. Przed świętami zawsze obmyślam strategię zakupu prezentów i oczywiście upominek dla przyjaciółki ma swoje miejsce na tej liście. Jeśli, więc brakuje Ci pomysłu na prezent dla swojej drugiej, damskiej połówki, zajrzyj do mojej sprawdzonej listy pomysłów:

9 najlepszych pomysłów na prezent dla przyjaciółki:

1.      Mała torebka lub portfel 


Kobiety zwykle mają całe kolekcje torebek, ale tych, mniejszych – kopertowych w szafach nigdy nie jest za dużo. Ja stawiam na kompaktowy, czarny model ze złotymi okuciami na łańcuszku. Portfel też zawsze się sprawdza, szczególnie ten ze skóry. Przed świętami warto  skorzystać z rabatów (znajdziesz je tutaj) na akcesoria marki Venezia. Produkty tej włoskiej marki są mi doskonale znane i mam pewność, że nie zawodzą i wyglądają tak samo dobrze nawet po latach.

  2. Warsztaty kulinarne z szefem kuchni


Jeśli Twoja przyjaciółka uwielbia kuchnię i jest w niej prawdziwą królową, to raczej trudno będzie zaskoczyć ją książką kucharską. Możesz jednak pokusić się o znalezienie dla niej warsztatów kulinarnych z określonego tematu np. wypieków kuchni francuskiej lub perfekcyjnego smażenia steków. Oferty takich zajęć znajdziesz w ofertach lokalnego studia kulinarnego w miejscu zamieszkania Twojej przyjaciółki.

3. Stylowy planner na 2017 rok


Moja przyjaciółka to mistrzyni organizacji. Zawsze lubiła zapisywać sobie wszystkie obowiązki i zostało jej to do dziś, i przyznaję, że to upodobanie mamy wspólne. Ja stawiam na plannery minimalistyczne o ciekawych, nowoczesnych wzorach. Takie znajdziecie m.in. w sklepie Noteka.

4. Przepiśnik z wpisanymi, ulubionymi daniami


Jeśli Twoja przyjaciółka uwielbia gotować lub dopiero się tego uczy, warto sprawić jej pięknie wydany przepiśnik. Przy okazji w środku warto wpisać kilka swoich, popisowych przepisów, które później można wykorzystać w praktyce we własnej kuchni.

5. Stylowa biżuteria


Nie znam kobiety, która nie lubi biżuterii i zdecydowanie nie ma opcji, by którakolwiek miała jej przesyt. Pewnie znasz gust swojej przyjaciółki najlepiej, ale możesz zaskoczyć ją oryginalnym wzorem lub takim, który będzie symbolizował Waszą relację.

6.      Niebanalny kosmetyk 


Kosmetyków pewnie Twoja przyjaciółka ma mnóstwo, ale z pewnością sprawisz jej przyjemność takim, który zachwyci ją swoim wyglądem i będzie po prostu nowoczesnym gadżetem w kosmetyczce. Róż w kształcie serca czy ręcznie robione mydło z małej manufaktury z pewnością sprawi jej radość.

7.      Stylowy kubek 


 Twoja przyjaciółka nie wyobraża sobie poranka bez kawy? Witaj w 
klubie, ja mam dokładnie tak samo, a moja kolekcja kubków stale się powiększa. Mam też kilka ulubionych, które dostałam właśnie od przyjaciółki. Myślę, że dla każdej kobiety lubiącej ładne, designerskie przedmioty do domu kubek sprawdzi się doskonale.

8.      Lightbox 




Lightbox, to fajny, designerski gadżet, który pięknie wygląda i można go spersonalizować. Myślę, że sprawdzi się w każdym, damskim wnętrzu.

9.      Wspólny, babski weekend 



 W pewnym momencie życia coraz trudniej znaleźć dla siebie czas. Znam to doskonale, bo w macierzyństwie, gdy dziecko jest małe, trudno cokolwiek zaplanować i doprowadzić do skutku. Myślę, że warto jednak umówić się, że choćby się waliło i paliło spędzamy przynajmniej jeden weekend w roku tylko razem. Nadrabiamy wtedy wszystkie damskie filmy, możemy przegadać całą noc bez wyrzutów sumienia i opróżnić butelkę wina, która długo czekała na swoją kolej.

Święta tuż tuż. Ja z moją przyjaciółką spotykam się zaraz po nich, więc zdążę jeszcze z zakupami last minute. A Wy na jakie upominki stawiacie w tym roku?


Wpis powstał we współpracy z Alerabat.com

Każda mama, której dziecko boryka się z dolegliwościami skóry atopowej wie jak trudno dopasować do niej odpowiednią pielęgnację. Stosowanie odpowiednich kosmetyków to początek drogi do sukcesu. 

Walka z AZS nie jest łatwa, ale można ją wygrać. O tym jak zacząć i na co zwrócić uwagę pisałam w tym wpisie. Jeśli jesteście na początku drogi, zajrzyjcie tam koniecznie. Dziś sytuacja z atopową skórą mojego dziecka jest opanowana. Piszę to z dużą ulgą, bo jej kondycja jest już na tyle dobra, że nie borykamy się z ostrymi stanami zapalnymi skóry czy uporczywym świądem, który nie pozwalał spać czy doprowadzał do łez. Nie stosujemy już kremów robionych według indywidualnych zaleceń dermatologa i przeszliśmy w 100% na pielęgnację produktami aptecznymi. Wcześniej testowaliśmy ich bardzo dużo z marnym skutkiem, więc jestem sceptycznie nastawiona do sięgania po kosmetyki, których nie używamy obecnie na co dzień. Zwykle nie odpowiada mi ich formuła i nie widać pozytywnych efektów w postaci długotrwałego nawilżenia skóry naszego atopika. Nie wspomnę już, że zwykle kosmetyki te nie przynosiły też żadnej ulgi w stanach zaostrzenia.

Zrobiłam jednak wyjątek dla nowości firmy Dermedic. Chodzi o masło intensywnie natłuszczające z linii Linum Emolient. Uzupełniająco stosowaliśmy też krem do skóry suchej i atopowej z tej samej serii. Przekonały mnie ich dobre składy. Szczególnie w przypadku masła natłuszczającego jest on bardzo ciekawy, bo bazuje na maśle Shea. Wiele czytałam o jego świetnym działaniu na skórę atopową, więc postanowiłam to sprawdzić.


Masło intensywnie natłuszczające Dermedic do skóry atopowej

Składniki aktywne produktuCicalinumTM, Masło Shea, Olej kakaowy, Super Hartolan, Witamina E, Gliceryna

Według producenta jest to produkt, który można stosować u dzieci od 1 dnia życia. Kosmetyk z założenia ma nie tylko skórę natłuszczać i ją odżywiać, ale też odtwarzać płaszcz hydrolipidowy, dzięki czemu pojawia się na niej mniej stanów zapalnych. Masło ma też łagodzić objawy chronicznie suchej i atopowej skóry, w tym świąd, co zapewne jest głównym celem większości rodziców atopików. Preparat łagodzi też stany zapalne, ale tego nie mogliśmy przetestować, bo skóra naszego malucha jest obecnie ich pozbawiona.


Moja opinia

Masło natłuszczające od Dermedic robi dobre wrażenie. Opakowanie jest wygodne, a sam kosmetyk wydajny. Przede wszystkim lubię emolienty o zwartej i gęstej formule. Na skórę naszego atopika kompletnie nie działają lekkie emulsje i trzeba wytoczyć raczej cięższe działo. Masło mimo swojej gęstości świetnie się rozprowadza i szybko wchłania. Nie zostawia tłustych śladów i skóra jest po nim od razu gładka. Najpierw zastosowaliśmy je na małym fragmencie skóry, by sprawdzić czy nie wywoła podrażnienia i nic takiego nie wystąpiło. Stosujemy je 2 razy dziennie na skórę całego ciała. Smarujemy intensywnie, a skóra jest miękka i dobrze nawilżona. Co najważniejsze - nie zaobserwowałam, by dziecko odczuwało świąd. Muszę też wspomnieć, że w przypadku takiej pielęgnacji ważna jest systematyczność i długotrwałe stosowanie. Atopową skórę trzeba bowiem nawilżać cały czas i nawet jeśli jej stan, jest tak jak u nas obecnie bardzo dobry, jego podtrzymanie zapewni przede wszystkim odpowiednia pielęgnacja. Obecnie zapobiegamy nawrotom stanów zapalnych i nie musimy ich już leczyć. Mam nadzieję, że taka sytuacja się u nas już utrzyma. 


Krem Linum Emolient do skóry suchej i atopowej - moja opinia

składniki aktywne produktu: Olej lniany z zawartymi w nim NNKT Omega 3, Omega 6, Omega 9, Olej migdałowy, Olej z oliwek, Alantoina, D-Panthenol, Witamina E, Gliceryna, Ekstrakt z rumianku

Skład kremu nawilżającego również zrobił dobre wrażenie, bo bazuje przede wszystkim na naturalnych olejach. W założeniu jest to kosmetyk, który ma uzupełniać lipidy oraz ma działać przeciwświądowo i przeciwzapalnie. Jego konsystencja to średnio gęsty krem.  Z racji swojej niewielkiej objętości jest to kosmetyk, który u nas jest używany do skóry twarzy, bo przy intensywnym smarowaniu całego ciała nawet 2 x dziennie liczy się, że atopicy zużywają nawet do 200 g kremów tygodniowo. Kosmetyk nie zostawia tłustego filmu, dobrze się rozprowadza i szybko wchłania. Buzia jest po nim ładnie nawilżona, a maluch nie sygnalizuje, by odczuwał jakikolwiek dyskomfort. 

Powyższe kosmetyki mogę, więc polecić z czystym sumieniem. Stosowaliśmy wiele różnych preparatów z aptecznych półek i zaledwie garstkę z nich kupiłabym ponownie. W tym przypadku nie będę raczej miała wątpliwości. Mamy przecież sezon grzewczy, czyli w teorii najtrudniejszy dla małych atopików, ich skóra jest wtedy najbardziej narażona na przesuszenie i podrażnienie, a u naszego dziecka w tym temacie jest spokój. Po blisko roku walki o taki stan, muszę przyznać, że jest to ogromny sukces. Mówimy bowiem nie o zdrowej skórze, która ma skłonność do przesuszenia, ale atopii, a to ogromna różnica. 

Jeśli macie jakiekolwiek pytania lub sugestie związane z pielęgnacją maluchów cierpiących na AZS, dajcie proszę znać w komentarzach.


O czym marzy młoda mama? Oczywiście o przespanej nocy, ciepłej kawie i zdrowej rodzinie, ale z pewnością ucieszy się też z drobiazgów, które znajdzie pod choinką. Prawdopodobnie jest pewna grupa kobiet, które oczekują praktycznych upominków, ale ja zdecydowanie do nich nie należę. Wolę to, co ładne, stylowe i przynoszące przyjemność. Taki powinien być prezent idealny.

A jak to zwykle wygląda w praktyce? Wyobraź sobie, że znajdujesz pod choinką prezent. Małe pudełko opakowane w papier mieniący się drobinkami złota, które ozdabia czarna, matowa kokarda robi wrażenie. Co może być w środku? Bierzesz prezent do rąk, w przejęciu odpakowujesz i Twoim oczom ukazuje się.... depilator...albo jeszcze gorzej - rondel do gotowania! Tadaam! Czar pryska w jednej sekundzie. Takich prezentów po prostu nie cierpię i pewnie Ty też. Kiedyś dostałam nawet pod choinkę rzecz, która doprowadziła mnie do łez, a był to pas poporodowy.... Owszem, dostałam COŚ TAKIEGO, gdy byłam w ciąży i uważam to za najgorszy prezent wszech czasów. Gorzej po prostu być nie mogło. Jestem zwolenniczką totalnie niepraktycznych, ale pięknych przedmiotów i właśnie takie prezenty lubię dostawać. Nie - patelnie, rondle i inne depilatory, ale rzeczy, które wprawiają w zachwyt i dają przyjemność. 

Na krótko przed świętami pozwoliłam sobie na listę takich prezentów, które odrobinę odsłaniają moją próżną naturę. Myślę, że jednak było warto, to być może trafi tu przypadkiem jakiś mąż lub partner i zamiast tej znienawidzonej patelni wybierze jedną z poniższych propozycji:

9 propozycji pięknych prezentów dla kobiet


1. Album Jessie Ware, "Tough Love" - Znacie utwór "Champagne Kisses"? Polecam z całego serca do wyciszenia, relaksu i umilenia czasu. Muzyka, którą tworzy Jassie Ware jest absolutnie kobieca i eteryczna. Uwielbiam jej słuchać w ciągu dnia nawet, gdy pracuję, a jej krążek mógłby umilać mi każdą podróż samochodem i dojazdy na spotkania z klientami.


2. Pozłacany naszyjnik Lilou - Moja relacja z marką Lilou nie jest łatwa. Z jednej strony zawiodłam się kilka razy na jakości, bo jedną bransoletkę reklamowałam chyba 2 razy, a naszyjnik zwyczajnie się zerwał, ale obwiniam za to trudne początku macierzyństwa i dziecko, które zbyt namiętnie szarpało za moją biżuterię. Kocham i uwielbiam za wzornictwo i na skrzydlaty naszyjnik pewnie skuszę się bez względu na gwiazdkowe prezenty.

3. Filiżanka do kawy - Różowe złoto i pudrowy róż... czy może być coś bardziej kobiecego? Tej filiżanki do rąk nie weźmie żaden facet i bardzo dobrze, bo ona może należeć tylko do kobiety. Dla dziewczyn, które podobnie jak ja piją przynajmniej dwie kawy dziennie i lubią robić im zdjęcia. Mała czarna będzie zapewne pięknie komponowała się w słodko - różowym otoczeniu.

4. Pędzle do makijażu - Dwa słowa: pędzle i MAC powinny rozwijać wszelkie wątpliwości. To są podstawowe akcesoria do makijażu i przydadzą się każdej kobiecie. Z kolei, po marce MAC można spodziewać się najwyższej jakości i pięknego wykonania.

5. Bluza Monifiq@Co - Rzecz odrobinę romantyczna, ale prosta w formie, więc doskonale wpisuje się w moją estetykę. Myślę, że świetnie będzie wyglądała do kloszowanej spódnicy na wyjścia, jak na co dzień do dżinsów.

6. Bransoletka Animal Kingdom - połączenie czarnych kamieni i pozłacanych elementów podbiło moje serce. Do tego wilk i biorę tę bransoletkę w ciemno.

7. Powieść "Dzielnica Występku" - Mario Vargas Liosa, to mistrz literackiej prowokacji. Jego powieści niesamowicie wciągają i dają poczuć na własnej skórze ibero-amerykański klimat.

8. Miętowy długopis Kaweco - Prosta, minimalistyczna forma i piękny kolor. Dla mnie to wystarczy, bym nosiła taki długopis ze sobą wszędzie, nawet na okazję podpisania ważnej umowy. Warto zajrzeć do sklepu Noteka, bo znajdziecie w nim piękne i eleganckie perełki do pracy biurowej i nie tylko.

9. Planner w okładce imitującej marmur - Ponownie urzekł mnie prosty, minimalistyczny design, charakterystyczny dla produktów oferowanych przez Notekę. Myślę, że w takim plannerze przyjemnie będzie zapisywać wszystkie obowiązki i sprawy do załatwienia.

Jak podobają się Wam moje propozycje? A może macie przykłady z życia wzięte na swój najgorszy prezent?