Po blisko dwóch latach od startu mojego biznesu, mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że wykorzystuję pełnię swoich możliwości. Wcześniej coś ciągle mnie blokowało. Teraz już wiem, że była to moja głowa. Negatywne myślenie powodowało paraliż i odkładanie trudnych decyzji "na później". Teraz po prostu wolę działać.

Zawsze byłam pewna, że robienie czegokolwiek na "wariata" do niczego dobrego nie prowadzi. Wolałam dobrze się przygotować, sporządzić solidny plan i zwyczajnie się zabezpieczyć. To niby brzmi logicznie, gdyby nie tysiąc myśli, które kołatały się w mojej głowie. Począwszy od zwykłego:
Nie jestem zbyt dobra
Mam za mało doświadczenia  
Muszę się douczyć/dowiedzieć/przetestować

 Po pewnie dobrze Ci znane:
Jestem dobra, więc mnie znajdą
Nie ma sensu się wychylać 

Sens powyższego myślenia zweryfikował mój biznes. Jestem typem, który woli dłubać i rzeźbić coś w ciszy i samotności, by pokazać światu dzieło, które jest idealne. Problem polega na tym, że dzieło nigdy idealnym nie będzie, a przynajmniej na pewno nie w moim przekonaniu. Mogłabym, więc zamknąć się z laptopem przy biurku, napisać kolejne dziesiątki tysięcy znaków i uznać, że to nadal za mało. Piętrzące się publikacje, które składały się na moje portfolio też nie były wystarczające. Wreszcie klienci, którzy dawali mi pozytywne referencje, to było też nic, bo przecież inni robią więcej i lepiej. Zatem wolałam poczekać z pokazaniem się światu i liczyłam, że ktoś zrobi coś za mnie. A to, jak wiadomo - zwykle nigdy nie nadchodzi. 

Marnowałam czas

W międzyczasie miałam poczucie, że świat rzuca mi ciągle kłody pod nogi. Albo nie miałam kiedy pracować, bo w domu byłam non stop z chorym dzieckiem, które potrzebowało mojej uwagi. Albo gdy już udało mi się coś zrobić, to klient spóźniał się z opłaceniem faktury. Na koncie cały czas widziałam pustki, a jedynie rosła sterta rachunków do zapłacenia, z którymi dla odmiany - ja nie mogłam zwlekać. 

Kryzys

W pewnym momencie dopadł mnie kryzys. Podczas gdy znajomi awansowali, ja walczyłam ze sobą, brakiem czasu i nieopłaconymi fakturami od klientów. Zżerała mnie własna ambicja. Miałam poczucie, że zmarnowałam swój czas i powinnam raczej rzucić to wszystko w cholerę. W końcu zrozumiałam, że dłużej nie mogę czekać i wtedy nastąpił przełom. Uznałam, że muszę postawić wszystko na jedną kartę i po prostu zacząć działać. Zacisnęłam zęby, zaczęłam wychodzić z ofertą, uzupełniłam portfolio i skorzystałam z poleceń od stałych klientów. W tym czasie zakończyła się też jedna z moich stałych współprac, ale jednocześnie posypały się zapytania o kolejne.To był przełom. 

Nagle w kalendarzu zaczęło brakować mi wolnych terminów, a zlecenia zaczęłam planować z tak dużym wyprzedzeniem, że nie tylko mogłam czekać na płatności od klientów, ale pozwolić sobie na zgromadzenie rezerwy finansowej. W mojej głowie zaczęły pojawiać się pomysły i plan na działanie, na promocję i zmianę strategii prowadzenia mojego biznesu. Zrezygnowałam z usług, które i tak nie znajdowały zainteresowania, zmieniłam ofertę i cennik na wyższy, który o dziwo nie odstraszył klientów. Zaczęłam to wszystko wcielać w życie - krok po kroku. Może nie na wariata, ale bez zbędnego czekania, dłubania i zamartwiania się. Po prostu zrozumiałam, że zamiast załamywania rąk, lepsze jest działanie i zwykła wiara we własne możliwości. A kryzysy mniejsze i większe mogą pojawić się wszędzie - zarówno w prowadzeniu biznesu, jak i na etacie.

Dziś mogę, więc otworzyć szampana, nawet nie z tego powodu, że udało mi się wyjść z kryzysowej sytuacji. Wygrałam ze swoimi słabościami, więc pokonałam największego demona. Może moja historia trafi do Ciebie, w najgorszym momencie prowadzenia własnego biznesu lub ważnego projektu. Sprawdź na ile sytuację sprowokowałaś sama i ile możesz jeszcze włożyć w budowanie swoich marzeń. Jeśli uznasz, że jeszcze warto walczyć - zrób to! Nie czekaj.




Odkąd zobaczyłam aranżacje balkonów i ogrodów z hamakami, zamarzyłam, by stworzyć taki przytulny kącik na naszym tarasie. Ma to być miejsce, w którym w ciągu dnia zasiądę z książką i kawą, a wieczorem napiję się lampki wina w towarzystwie znajomych. Jaki hamak najlepiej wybrać na balkon lub taras? 

W tym sezonie wiosennym stawiam na ogarnięcie naszego mini ogródka i tarasu, bo właśnie tam zamierzam przenieść swoje domowe biuro, gdy już zrobi się całkiem ciepło. W zeszłym roku udało nam się doprowadzić taras (klik) do całkiem niezłego stanu, ale nie ukrywam, że jest na nim jeszcze trochę pusto i brakuje klimatu. Myślę, że efekt przytulności i „wow” uda się nam osiągnąć dzięki efektownemu hamakowi. Do niego dodam miękkie poduchy, koce, lampki led, lampiony, kilka roślin… i będzie idealnie! Już widzę tam siebie z kubkiem kawy o poranku i laptopem na kolanach, a wieczorem będziemy przesiadywać w hamaku z Igorem i czytać razem książki. W weekendy za to zasiądę wygodnie, gdy odwiedzą nas znajomi i będziemy wspólnie biesiadować do późna. Tylko najpierw trzeba wybrać…

Marzy mi się fotel hamakowy


Przede wszystkim wybór wygodnych i przy tym efektownie wyglądających hamaków jest ogromny. Nie znając zbytnio tematu, zaczęłam przeglądać dostępne modele i szybko odkryłam, że na naszym tarasie najlepiej sprawdzi się fotel hamakowy. Dlaczego? Wystarczy zamontować go do sufitu i mamy do dyspozycji dodatkowe siedzisko. Bardzo spodobał mi się też design takich huśtawek, bo można wybierać zarówno spośród neutralnych i romantycznych modeli, jak i tych bardziej nowoczesnych czy kolorowych, które świetnie wpiszą się w aranżacje w stylu boho. Spośród dziesiątek modeli wybrałam kilka faworytów:





Najbardziej podobają mi się wiszące fotele w kremowych, jasnych kolorach. Co ciekawe niektóre modele wykonane są ręcznie z najwyższej jakości materiałów, co powoduje, że zapewniają wygodę i sprawdzają się w codziennym użytkowaniu. Z tego wynika też ich cena (300-700zł), ale zakładając, że można dobrać do nich kilka poduch, lampionów, lampek i „taras” sam się robi, to cena i tak nie jest wygórowana.


A może wygodny hamak?


Jeśli jednak wolisz tradycyjny hamak i masz przestrzeń, by zaaranżować go w swoim tarasie i ogrodzie, to koniecznie zwróć uwagę na te modele:


Jak podobają się Wam moje propozycje? Już wkrótce pokażę Wam, jak można zaaranżować fotel hamakowy na własnym tarasie. Jestem pewna, że będzie pięknie 😊



Wszystkie powyższe modele (a nawet znacznie więcej) foteli hamakowych i hamaków znajdziecie w sklepie whamaku.pl, który jest partnerem dla tego wpisu.

whamaku.pl
link do sklepu




Jak pracują twórcy? Zamykają się na długie godziny w swoich pracowniach czy tworzą wtedy, gdy poniesie ich wena? Co ciekawe, ile kreatywnych głów - tyle patentów na pracę. Przekonałam się o tym przez blisko trzy lata działania na freelansie, a ostatnio miałam okazję zajrzeć za kulisy pracy znanych, kreatywnych. To zainspirowało mnie do tego, by pokazać jak wygląda mój typowy dzień w domowym biurze.

W ręce wpadła mi ostatnio książka Agata Napiórskiej "Jak oni pracują?". Dowiedziałam się z niej, że mam co najmniej kilka przyzwyczajeń, które łączą mnie z najlepszymi twórcami w kraju, co bardzo mnie cieszy. Przynajmniej jeden punkt dla mnie :) Jak pewnie wiecie, od kilku lat pracuję na swoim. Nie jeżdżę codziennie do biura, ale samodzielnie wyznaczam sobie godziny pracy, ogarniam dedlajny i wszystko, co jest związane z planowaniem obowiązków zawodowych. Pracuję jako copywriter we własnej firmie, którą nazwałam Copy for Corpo. Ostatnio mam jednak wrażenie, że bliżej mi do kogoś kto działa na styku dziennikarstwa i content marketingu - ot taki zawodowy kombajn. Więcej o mojej pracy możecie poczytać tutaj.


copywriter przy pracy

Zajawki i wena

Jednym z moich głównych zajęć jest pisanie. Tworzę bardzo dużo różnych materiałów dla klientów - od postów na blogi i do mediów społecznościowych po rozbudowane teksty eksperckie, raporty, a nawet reportaże z wydarzeń. Tego jest całe mnóstwo i może Was to rozczaruje, ale jest w tym mało przestrzeni dla spontaniczności czy wielkiej inwencji. Nie czekam, więc z pisaniem na wenę twórczą, tylko solidnie działam według założonego planu i prostej zasady - aby powstał tekst, muszę pisać




Bardzo często pracuję według ściśle określonych wytycznych. Bazuję na źródłach i dłubię w sieci, tworząc pogłębiony research. Wszystko po to, by informacje w tekstach nie były wyssane z palca, ale miały solidne podstawy merytoryczne. Dopiero,  gdy piszę teksty na bloga, mogę pozwolić sobie na więcej swobody. Wtedy mam okazję do popisania się własnymi pomysłami, choć z żalem przyznaję, że na tworzenie "dla siebie" mam ostatnio coraz mniej czasu. Pewnie byłoby inaczej, gdybym mogła poświęcić mój cały czas na pracę, ale mam rodzinę i w dużej mierze to ona wyznacza rytm mojego dnia. A co najlepiej motywuje mnie do pracy? Oczywiście zbliżający się dedlajn. Mam taką upierdliwą cechę, że nie cierpię przekraczać terminów i robię to tylko w ostateczności. Robię, więc wszystko by wyrobić się na czas i uniknąć świecenia oczami przed klientem.

Pomysły czasem muszą odleżeć
Oczywiście w pracy zdarzają mi się też bardzo kreatywne zadania np - przygotowanie propozycji nazw dla firmy lub strategii komunikacji w mediach społecznościowych. Czasem  wystarczy analiza i z niej pomysły wypływają same, a czasem... muszą odleżeć swoje. Mam tak, że idea kiełkuje w mojej głowie i zwykle ufam intuicji. W którymś momencie to po prostu przychodzi samo. Na przykład jadę gdzieś samochodem - i nagle jest! To jest to :) Wtedy albo zapisuję pomysł w telefonie albo on jest tak silny, że pamiętam o nim i wracam do rozpisywania go w domu. Nie wiem czy macie podobnie, ale ja mam tak chyba od zawsze. Nawet w czasach pracy etatowej zdarzało mi się wpadać na najlepsze pomysły w czasie wolnym. Czasem oczywiście pod presją czasu wyciskam z siebie wszystko co nowe. Mam wtedy wrażenie, że jestem jak na haju i czuję się jakbym miała gorączkę. Nie mogę spać w nocy, ale pomysł w końcu i tak przychodzi.

Kiedy piszę? W nocy, a może nad ranem?

Odpowiem, że przez cały czas! Wstaję wtedy, gdy budzi się Igor. Najczęściej jest to ok 7:30 rano, a czasem 8. Zaczynam pracę w okolicach 9, gdy odstawię już malucha do przedszkola. Wracam do domu, robię szybkie śniadanie i najczęściej w trakcie przeglądam pocztę i czasem pozwalam sobie na szybką prasówkę w sieci. Na każdy dzień mam już rozpisany plan i wiem co muszę zrobić i ile napisać, by wyrobić się w terminie. Czasem jest to kilka tekstów, a czasem mniej i mogę pozwolić sobie na luźniejszy dzień. Pracę zawsze kończę w okolicach 16, bo wtedy z przedszkola wraca Igor. Przyznam, że gdyby nie dziecko, to pewnie trudno byłoby mi oddzielić czas wolny od pracy, a tak w zasadzie nie mam wyjścia. Co prawda czasem klienci dzwonią i w tle słyszą malucha, więc do rozmowy najczęściej wracamy następnego dnia. Zdarza się tak, że do pisania wracam wieczorem, ale staram się robić to tylko w ostateczności. Wolę ogarniać wtedy sprawy blogowe, na spokojnie czytam książkę, ale najczęściej robię sobie wtedy wieczór filmowy z mężem i to najlepiej ładuje moje akumulatory.




Miejsce pracy

Kiedy zbieram materiały do tekstu, czyli robię research mogę pracować w domu albo wśród ludzi. Chyba, że w grę wchodzi rozmowa z ekspertem lub wywiad, to muszę mieć absolutną ciszę. Przy sobie mam wtedy zawsze dyktafon i później (znów w absolutnej ciszy) spisuję całość. Polubiłam się z pracą w domu. Mam tu duży komfort pisania, bo łatwo rozpraszają mnie hałasy, rozmowy i ruch typowy dla biura. Dodatkowo pod ręką mam moje ulubione rodzaje  kawy i ekspres. Bez kawy po prostu nie mogłabym pracować. Piszę w kilku miejscach. Najczęściej przy stole w salonie (bo moje miejsce pracy wciąż czeka na urządzenie), na kanapie, a czasem nawet w łóżku. Mój ostatni patent to przeniesienie pracy do łóżka w poniedziałki. Robiłam tak w szczególnie szare i pochmurne dni, a praca robiła się po prostu przyjemniejsza.



Jestem ciekawa jak Wy pracujecie w domu, jakie macie nawyki. Podzielcie się nimi koniecznie w komentarzach :)


Inne wpisy na temat pracy w domu i na swoim znajdziesz tutaj.


Na wiosnę zawsze mam ochotę na zmiany. Lubię wprowadzać je w kuchni, stylu życia, wyglądzie i wystroju mieszkania. Dlatego w naszych wnętrzach stworzyłam neutralną bazę po to, by móc ją zmieniać w zależności od pory roku i nastroju. W tym sezonie stawiam na złoto i pastele. Może i Ty wybierzesz coś dla siebie z moich, wnętrzarskich propozycji.

Ostatnio jeśli kupuję coś nowego do domu, to najczęściej mój wybór pada na złoto lub miętę. Te kolory fajnie łączą się z jasnymi barwami, które dominują w naszych wnętrzach, czyli z szarościami, beżami i bielą. Najbardziej lubię je w wydaniu minimalistycznym i skandynawskim, ale ostatnio moją uwagę zwraca też super modny styl hamptons. Bardzo dużo wnętrzarskich dodatków znajduję w H&M Home, bo odkąd mogę obejrzeć rzeczy z tej sieciówki w sklepie stacjonarnyn, całkowicie się w nich zakochałam. Mają całkiem przystępne ceny i świetne wzornictwo. Zobaczcie zatem co wybrałam ze sklepów on-line na wiosnę do domu:



1. Inspiracja HM Home, 2. Miętowy kubek scandishop.pl, 3,4, świece HM Home, 5. wazon HM Home, 6, Złoty kubek HM Home. 7 Patera aTab, 8. Pled HM Home, 9 Kubek-słoik aTab

Zobaczcie też kilka inspiracji wnętrz w kolorach złota i mięty z Pinteresta:


Jestem też zakochana w brudnym różu połączonym ze złotem i szarością. Nie mam co liczyć na wnętrze utrzymane w takich kolorach (chyba, że kiedyś dorobię się gabinetu), ale z przyjemnością przemycę do mieszkania dodatki w tych kolorach.


1. Inspiracja - Pinterest, 2 Lampion Zara Home, 3 Patera aTab, 4. Kwiaty Decoratore.pl, 5. Złota taca HM Home, 6, Kubek aTab, 7, Koc, pościel, poszewka na poduszkę HM Home

I odrobina inspiracji z Pinteresta:


Jak podobają się Wam moje propozycje? Uległyście już szałowi wiosennych zakupów czy udaje się Wam im oprzeć?

Lista babskich zachciewajek przydaje się nie tylko na specjalne okazje. Warto przecież sprawiać sobie od czasu do czasu mniejsze i większe przyjemności - prawda? Nie mogłam się, więc powstrzymać przed stworzeniem takiej listy z okazji Dnia Kobiet.

Zbiór moich marcowych zachciewajek nie jest spójny i uporządkowany, więc nie ułożyłam go na wzór wishlisty, tak jak mam to w zwyczaju. Tym razem dobrałam przedmioty i przeżycia z zupełnie z różnych bajek, ale może i Ty znajdziesz tu coś dla siebie. Zasiądź wygodnie z kawą w fotelu i pomyśl czego dziś sobie życzysz i najlepiej zadbaj o to sama (zdążysz jeszcze wysłać facetowi smsa z konkretami, bo wiadomo, że się nie domyśli). 

1.  Planner z marmurową okładką 


Planner marmur, dostępny tutaj

Wytłumaczenie dla tej zachciewajki jest całkiem racjonalne. Planner pomaga w lepszej organizacji pracy, więc w zasadzie można potraktować go nawet jako inwestycję, bo im lepiej zaplanowane obowiązki, tym więcej czasu na pracę i lepsze dochody. Prawda? Choć jestem totalnie uzależniona od elektronicznych kalendarzy, to na tak piękny planner sama chętnie się skuszę i przekonam z powrotem do papieru. 

2.  Kawa smakowa do zaparzacza French Press


Kto śledzi mój instagram ten wie, że piję kawę litrami i to codziennie. Bez niej nie potrafię zacząć pracy ani dnia. Szczególnie celebruję mój ulubiony rytuał w weekendy, choć wtedy wcale nie mam najwięcej czasu na powolne picie kawy, za to mam towarzystwo moich chłopaków :) Ostatnio próbuję różnych smaków mielonej kawy parzonej w zaparzaczu typu French Press i odkryłam prawdziwy hit - arabicę z Argentyny o smaku czekolady i banana. Obłęd! Zapach po jej zaparzeniu utrzymuje się w mieszkaniu przez cały dzień. Z moich top smaków polecam też kawę o smaku whisky. Najlepiej szukajcie ich online lub w dobrych sklepach stacjonarnych z kawą i herbatą.


3. Do kawy przydałby się nowy, fajny kubek albo chociaż filiżanka


marmurkowa filiżanka do kupienia w sklepie Lawendowy Bazar 

Nic dodać, nic ująć. Moja kolekcja kubków i filiżanek stale się powiększa, ale jeszcze nie przekracza to granic zdrowego rozsądku.

4. Nauka fotografii i nowy sprzęt


Wracam do nauki fotografowania i zamierzam poczynić małe kroki w kierunku inwestycji w nowy sprzęt. Nie zamierzam inwestować w lepszy aparat, bo na razie mój bezlusterkowiec Sony z wymienną optyką zupełnie mi wystarcza, ale przydadzą mi się niezbędne akcesoria. Na początek zainwestuję w podstawy, czyli statyw, później światło. Zamierzam też po prostu robić więcej zdjęć i narzucić sobie systematyczność np. w postaci wyzwań fotograficznych.


5. Czas tylko dla siebie


Nieważne czy to wieczór z przyjaciółką i winem czy chwila z książką i dobrą kawą. Ten czas po prostu musi być i jest niezbędny dla zachowania zdrowia psychicznego. Kto lepiej zadba o nas, jak nie my same? Dlatego bez próśb, bez domysłów i bez oczekiwań - po prostu zrób coś dla siebie, bo Ci się zwyczajnie należy.


6. Kwiaty w pudełku



Kompletnie niepraktyczne, ale jakże piękne - prawda? W Dzień Kobiet chyba można wymyślić nawet coś takiego, więc czuję się usprawiedliwiona. 

A jakie są Twoje babskie zachciewajki?

Pierwszy szok następuje po porodzie. Organizm walczy z ciągłym brakiem snu, z obolałym kręgosłupem i powoli dostosowuje się do nowej sytuacji. Świeżo upieczeni rodzice są jak dzieci we mgle, a jednocześnie jakby trochę na haju. Zachwyca je super wspaniała istota, którą sprowadzili na świat i przeraża zupełnie nowy porządek ich świata. Spokojnie! W tym całym szaleństwie jest metoda.

Jeśli w Twoim domu dopiero co pojawiło się pierwsze dziecko, to pewnie jednym okiem łypiesz na smartfona, jednocześnie popijasz w pośpiechu kawę i zastanawiasz się czy raczej nie powinnaś teraz sprzątać, zamiast siedzieć na kanapie, póki maluch śpi. Doba niemiłosiernie się skróciła i masz wrażenie, że cenne minuty wolnego czasu przeciekają Ci przez palce, za to obowiązków ciągle przybywa? Nie panikuj, jesteś w grupie ponad 90 proc. mam, które zaskakuje ilość pracy przy dziecku (tak, są badania, które to potwierdzają). Dobra wiadomość jest też taka, że nową rzeczywistość da się ogarnąć. 

Poniżej podsuwam Ci listę sprawdzonych przeze mnie metod:

1. Nie napinaj się i zapomnij o perfekcji – kojarzycie reklamy pampersów, mleka dla dzieci i innych produktów, gdzie idealna mama zajmuje się idealnym, słodkim dzieckiem w idealnie czystym domu? Każdy wie, że to fikcja, ale jednak gdzieś z tyłu głowy czai się głos, który każe młodym mamom do perfekcji dbać o WSZYSTKO. Wiele z nas odczuwa też społeczny nacisk na to, by być zadbaną i szczupłą natychmiast po porodzie, a w efekcie w pakiecie otrzymujemy nerwicę. Niestety, przynajmniej na początku trzeba trochę odpuścić. To samo tyczy się opieki nad dzieckiem – napinka w żadnym względzie nie jest dobra. Lepiej pewne rzeczy odpuścić niż paść z frustracji i wściekłości. Sprawdzone i potwierdzone na własnej skórze.



2. Opracuj system, by mieć czas dla siebie – koniecznie też daj sobie pomóc. Nie wszystko da się zrobić samemu, a do tego potrzebny jest system. Jakoś trzeba rozdzielić obowiązki między siebie i partnera, a czasem warto włączyć w pomoc chętne osoby z rodziny i znajomych. Wolny czas najlepiej wtedy spędzać na odpoczynku i bez dziecka. Kilka dodatkowych godzin snu, czy kawa z przyjaciółką potrafią zdziałać cuda. Ważne jest też, by pielęgnować swoje hobby i pasje. Przecież fakt, że stajemy się mamami nie oznacza, że mamy zapomnieć o własnym życiu. Oczywiście nie musimy w dzień czy tydzień po porodzie gnać na zumbę, fitness czy do szkoły tańca. Z czasem naprawdę wszystko wraca do normy i w ogromie obowiązków i tym całym zgiełku zostaje czas na przyjemności.

3. Dbaj o relację z partnerem – ten punkt tyczy się dwóch stron. Oboje muszą chcieć, by rodzicielstwo szło w parze z udanym partnerstwem. Rozsądny podział obowiązków, ale też wspieranie się, wspólne i niewymuszone zajmowanie się dzieckiem tworzą coś nowego ze zwykłej pary – rodzinę. Zdecydowanie warto o nią dbać.



4. Nie daj się terrorystom – oni pojawiają się ze wszystkich stron. Pierwszy rodzaj ujawni się zaraz po porodzie i będą to tzw. „nachale”, którzy z różnych względów najchętniej przyszliby do Ciebie i dziecka natychmiast po porodzie (nie mam na myśli najbliższej rodziny), a później przychodziliby do Was non stop. Uważajcie na nich i jeśli macie problem z asertywnością, nauczcie się odmawiania jak najszybciej. Podobnie będzie z „dobrymi radami terrorystów”, którzy będą mówili, by karmić dziecko piersią do końca świata i jeszcze dłużej lub wręcz przeciwnie od razu orzekną, że „masz za mało mleka” i dziecka nie wykarmisz. Dodatkowo „jak Ty je ubierasz na spacer?”, „Pewnie mu zimno”, „on już jest rozpieszczony”, "a gdzie czapeczka?'…..resztę pewnie już znasz. 

5, Dbaj o zdrowie i wygląd – znów sprawa oczywista, a jednak… wiele mam w natłoku nowych obowiązków zapomina o sobie. A to, co dzieje się zaraz po porodzie, to ogromny wysiłek i wyzwanie dla organizmu. Regularne wizyty u lekarza, kontrola wyników krwi, zdrowa dieta, dosypianie w jak największych ilościach – to naprawdę ważne sprawy. Z dbaniem o wygląd, to już każdemu według potrzeb. Dla jednych dla zdrowia wystarczy prysznic, inne mamy do tego jeszcze potrzebują zrobić full make up, zapleść fantazyjny warkocz i włożyć sukienkę.

6. Sprawiaj sobie przyjemności – nawet miłe drobiazgi sprawiają, że trudne dni łatwiej przetrwać. Np taka błahostka jak kawa odmieniła moje życie. Naprawdę. W ciąży piłam delikatne latte, ale po porodzie przestałam, bo bałam się, że przy karmieniu piersią od tego latte mój syn zamiast spać, będzie fruwał pod sufitem. Na szczęście po kilku tygodniach porannej udręki wreszcie wypiłam pierwszą filiżankę ukochanej kawy. To była prawdziwa ulga,



7. Ciesz się dzieckiem i macierzyństwem – w tym całym szaleństwie, zmęczeniu, dążeniu do perfekcji, wzlotach i upadkach można gdzieś po drodze zapomnieć o tym, co najważniejsze. Pamiętajmy, że każdy dzień spędzony z dzieckiem jest inny, nigdy więcej się nie powtórzy, a dziecko już nigdy nie będzie tak maleńkie. Dlatego chłońmy każdą chwilę razem. 

8. Uważaj na OZM - mam na myśli odpieluszkowe zapalenie mózgu, czyli jednostkę chorobową, która ujawnia się po porodzie i sprawia, że niektóre kobiety, już nigdy nie wracają do normalności. Zamiast mówić, one zdrabniają i gugają lub gugają zdrabniając. Żaden temat rozmowy ich nie interesuje, chyba, że chodzi o zawartość pieluchy ich dziecka, a karmić piersią mogłyby nawet na szczycie Kilimandżaro. Ja wiem, że własne dziecko jest najwspanialsze i najpiękniejsze ever…. ale trzeba przynajmniej starać się zachowywać zdrowy rozsądek.


Początek roku jest dla nas wyjątkowo łaskawy. Zdarzyło się kilka pozytywnych rzeczy, które dały mi motywacyjnego kopa i naładowały pozytywną energią.

Co robiliśmy?

Cieszyliśmy się sobą, zimą i tym, że udało się nam ominąć szpital. Mało brakowało, a nasz maluch byłby uboższy o trzeci migdał. Na szczęście udało się mu od tego wywinąć i tym samym nie mamy aresztu domowego. Do woli korzystaliśmy, więc z zimowych plenerów i długich wieczorów w domu. 



Najlepszy przepis, jaki wypróbowałam w lutym jest genialnie prosty, a zarazem smaczny. Chodzi o chlebek bananowy, który  najlepiej zrobić, gdy w domu zalegają mocno dojrzałe banany. Chlebek, idealny do popołudniowej kawy albo na drugie śniadanie. Inspirowałam się oryginalnym przepisem z niezawodnego bloga Moje Wypieki. Dodałam do niego gorzką czekoladę, bo akurat została nam w szafce i wyszedł świetny mix. Ten chlebek tak nam zasmakował, że piekę go przynajmniej raz w tygodniu :)


W moim menu na stałe zagościła też owsianka w słoiku z suszonymi śliwkami, cynamonem i bananem. Jak do tej pory jest to pierwsze połączenie smakowe, które sprawia, że owsianka jest dla mnie zjadliwa. Takie śniadanie jest też szybkie w przygotowaniu, bo można zrobić je wieczorem dzień wcześniej i zostawić na noc w lodówce. Jak przygotowuję taką owsiankę?

Składniki:

  • szklanka płatków owsianych np górskich
  • 1 banan
  • mała garść suszonych śliwek
  • łyżeczka cynamonu
  • Kilka łyżek mleka roślinnego np. migdałowego lub krowiego

Jeśli chcemy przygotować owsiankę dzień wcześniej, wystarczy wrzucić składniki do słoika, zalać mlekiem, wymieszać i szczelnie zamknąć. Lubię robić ją też na ciepło. Wtedy najpierw gotuję płatki owsiane z mlekiem, a następnie dodaję cynamon, pokrojonego banana w plastrach i pokrojone śliwki. Takie śniadanie jest sycące, smaczne (szczególnie, jeśli lubisz słodycze) i doskonale pasuje do porannej kawy.


Jak było na freelansie?

W pracy dużo się działo. Mimo iż zdjęcie tytułowe trochę temu przeczy i sugeruje totalne lenistwo, to było wręcz odwrotnie. W lutym napisałam sporo tekstów dla moich klientów, w tym jeden - prawdziwą perełkę, która pięknie wpisze się w moje portfolio. Za chwilę upłyną 2 lata odkąd jestem "na swoim" i w związku z tym muszę wprowadzić kilka zmian w strategii działania. Wiem już co sprawdza się w moim biznesie, a z czego lepiej zrezygnować. W lutym miałam też okazję uczestniczyć w kolejnym, dużym wydarzeniu networkingowym, co zaprocentowało kilkoma ciekawymi kontaktami. Uczestniczyłam też w prelekcji na temat komunikacji w mediach społecznościowych, która niestety nie wniosła nic nowego do mojego doświadczenia, a jedynie była powtórką z podstaw. 



Ostatni miesiąc był też pozytywny, bo wróciło kilku klientów, z którymi nawiązałam pierwszy kontakt w zeszłym roku. Dało mi to pozytywnego, motywującego kopa, bo wszystko wskazuje na to, że sprawdzam się coraz lepiej w tym, co robię. W tym roku zamierzam w pełni korzystać z zalet freelansu, między innymi bez skrępowania przenoszę biurko do łóżka w poniedziałki :)

Najlepszy news zostawiam na koniec i dotyczy on wakacji. W tym roku wyjątkowo zaplanowaliśmy je już w lutym. Nie wiem czy to tęsknota za słońcem czy chęć zagwarantowania sobie wypoczynku, ale ta potrzeba była tak silna, że skusiliśmy się na wakacje już teraz. Na miejsce naszego wypoczynku wybraliśmy wybrzeże bułgarskie. Hotel jest w 100 proc. przyjazny rodzinom z małymi dziećmi, a jego położenie jest bajeczne, bo jest zlokalizowany w pięknej zatoce przy samej plaży. Okolica ma być spokojna, co by nas nie drażniły okoliczne imprezy :) Lecimy za prawie 200 dni, ale odliczanie już się zaczęło!



Na blogu w lutym polecam Ci kilka, ostatnich wpisów:

A jak Tobie upłynął ostatni miesiąc? Też myślisz już o wakacjach? 

Ciąża to podobno stan błogosławiony. Kobiety wtedy promienieją i emanują radością, ale nie zawsze. Czasem wystarczy drobna iskra, by przyszłą matkę doprowadzić do szału. Dlaczego? Przeczytaj te kilka bzdur, które wspominam jako wyjątkowo irytujące z czasów "brzuszkowych", a wszystko stanie się jasne.


1. Największy hit nie jest kierowany do przyszłej mamy, ale jej parntera – Czy na pewno chcesz być przy porodzie? Jak Ty to wytrzymasz?

Czy jest w tym jakaś sugestia, że tak naprawdę facet nie chce być przy porodzie, więc to partnerka go zmusza - czy tylko ja odnosiłam takie wrażenie? Wszystko wskazuje też na to, że poród to najstraszniejsze przeżycie z tych strasznych dla mężczyzny. Ale halo – to nie on ma jakoś „wytrzymać” (no chyba, że pomyślimy o znieczuleniu dla niego), tylko kobieta. On jako partner, o ile w ogóle chce być przy porodzie, ma za zadanie po prostu wspierać. 


2. Ale masz duży brzuch/ ile przytyłaś w ciąży?

Ja rozumiem, że normalna sylwetka kobiety odbiega od kształtów, które nabierają ciężarne, ale 
zastanawia mnie DLACZEGO wszyscy wokół nagle stwierdzają, że mogą komentować wielkość i wygląd brzucha ciężarnych? Szczególnie jest to zabawne, gdy dorosłe osoby są wręcz zadziwione dużym brzuchem przyszłej mamy. Podobnie jest z pytaniami o wagę, nagle staje się to temat numer jeden. Może dla odmiany lepiej pokomentować czyjąś zwiększającą się łysinę/brzuch piwny, zastanówmy się na głos ile każdy utył od zeszłego roku?

3. Zrobiły Ci się JUŻ rozstępy?

Kolejne pytanie hit. Co najlepsze, gdy pada odpowiedź, że nie zrobiły się, to zaraz dostaję kontrę w postaci – Aaa to na pewno zrobią się później!  Uff...czyli jednak zawsze jest nadzieja na pamiątkę po ciąży.

4. Kiedyś to w ciąży pracowało się do ostatniego dnia przed porodem, a nie to co teraz kobiety siedzą na zwolnieniu…

To fakt, wiele kobiet nadużywa tego, że jest w ciąży i robi sobie po prostu 9-miesięczny urlop od pracy, jednak nie tyczy się to wszystkich. Zdarza się przecież tak, że ciąża nie przebiega książkowo i jest zagrożona. W takiej sytuacji naprawdę wybór jest oczywisty i nie ma nawet sensu, by zastanawiać się nad tym, czy pracować dalej czy walczyć o donoszenie ciąży. Uwierz mi – nawet największe pracoholiczki przewartościowują wtedy swoje priorytety.

5. Urodzić to można wszędzie, bo kiedyś to się w domu rodziło (w domyśle teraz hrabiankom się wygód zachciewa)

Taaa a kiedyś to się zęby też na żywca wyrywało, więc czemu by teraz też tego nie robić? Tylko się wygodnym pacjentom znieczuleń zachciewa? Kiedyś też w dzień po porodzie się szło na wykopki i w ogóle można było w polu urodzić.

6. Po urodzeniu dziecka WSZYSTKO się zmieni/ to wasze OSTATNIE chwile we dwoje

Heh… tak, bo po urodzeniu dziecka matka zostaje deportowana na Sybir, a tata wylatuje w kosmos. Nigdy już nie będziecie spędzali czasu we dwoje, a w ogóle dziecko będzie wrośnięte do Twojego łokcia (lub lepiej cycka).

Takich tekstów zapewne jest o wiele, wiele więcej i na pewno każda kobieta, spodziewająca się dziecka mogłaby stworzyć ich własny, subiektywny ranking. Czekam na inspiracje w komentarzach. Chętnie uzupełnię tę listę, tak chociaż do 10. Niech będzie ładna, okrągła liczba :)

Skłamałabym, mówiąc, że nie lubię dbać o siebie i swój wygląd. Dlatego po dłuższym czasie, postanowiłam wreszcie pokazać Wam moją kosmetyczkę. Na mojej półce z kosmetykami do makijażu co jakiś czas pojawiają się nowości, jednak mam kilka produktów - ulubieńców, które znajdują się na niej zawsze. Przy ich pomocy mogę stworzyć szybki trwały makijaż na cały dzień, który jest komfortowy i po prostu dobrze wygląda. Zapraszam Was na przegląd moich ulubionych kosmetyków do makijażu.

Przy wyborze produktów do makijażu nie kieruję się tylko marką czy ceną. Zanim kupię coś nowego, najczęściej oglądam tutoriale i czytam opinie dziewczyn w sieci. Dzięki temu raczej rzadko dokonuję nietrafionych zakupów. Od kilku lat mam w kosmetyczce bazę, do której co jakiś czas dokładam nowości. Niektóre się sprawdzają i kupuję je ponownie, a czasem zdarza się i tak, że kurzą się gdzieś na półce. Wyleczyłam się też z kupowania rzeczy zbędnych. Kiedyś miałam ich sporo, zalegały mi w kosmetyczce, bo nie mogłam ich zużyć, co bardzo mnie drażniło. Dotyczy to np. rozświetlacza w pisaku albo bardzo połyskliwych cieni. Kupiłam te rzeczy w przypływie chwili i teraz irytuje mnie ich widok. Stawiam, więc na minimalizm i mój codzienny make-up ogranicza się zaledwie do kilku niezbędnych kosmetyków. Przejdźmy zatem do moich sprawdzonych, makijażowych ulubieńców.


Oczy

1. Tusz do rzęs Sumptuous Extreme Estee Lauder

Tej amerykańskiej marki nie muszę chyba nikomu dłuższej przedstawiać. Lubię kosmetyki Estee Lauder za doskonałą jakość, trwałość i piękne opakowania, które wyglądają doskonale nawet po długim czasie używania. Pogrubiający tusz z linii Sumptous jest jednym z wielu, które miałam okazję testować i jak na razie pozostaje on moim numerem jeden. Z natury mam bardzo długie rzęsy, więc nie muszę przy nich wiele robić, by wyglądały dobrze. Od tuszu oczekuję, by pogrubiał rzęsy, dobrze je podkreślał, był łatwy w aplikacji i komfortowy w noszeniu. Z wieloma tuszami mam bowiem tak, że tworzą z moich ultra długich rzęs pajęcze nogi lub powodują, że moje oczy palą żywym ogniem po kilku godzinach. Tusz od Estee Lauder można nałożyć dosłownie w minutę i od razu wygląda dobrze. Nie trzeba robić tego z wielkim namaszczeniem, stosować szczoteczek, zalotek i innego ustrojstwa. Ten produkt po prostu sprawia, że oczy od razu wyglądają świetnie. W ciągu dnia nic się nie osypuje, ani nie rozmazuje. Jedyną wadą jest cena. W regularnej sprzedaży ten kosmetyk kosztuje 149 zł, ale widziałam, że w promocji można upolować go nawet za 95 zł.


2. Cienie do powiek Pure Color Estee Lauder

Moja paletka cieni jest dość wiekowa i prawie w całości wykorzystana. Co ciekawe nie ma jej w regularnej sprzedaży, bo była to część zestawu kosmetyków Estee Lauder. Pozostaje, więc mieć nadzieję, że odpowiednik z linii Pure Color będzie równie dobry. Jak dla mnie ta paleta ma idealny zestaw nudziakowych kolorów, które doskonale nadają się na co dzień. Jak zobaczycie na zdjęciach 3 kolorów już w niej prawie nie ma i jest to chyba jedyna paleta, którą zużyłam w tak dużym stopniu. Kolory są w niej jakby delikatnie przydymione i matowe, niektóre odrobinę się mienią, ale jest to prawie niewidoczny efekt. Można nimi pięknie wykonturować oko lub tylko delikatnie podkreślić powiekę jasnym, beżowym cieniem, co robię najczęściej w wersji dziennej. Dodatkowo używam tej palety również do brwi, bo jeden z cieni ma do tego idealny dla mnie kolor. Jak już wspominałam moja kosmetyczna jest minimalistyczna i póki co nie stosuję oddzielnych kosmetyków do brwi, bo oczy ogarnia mi jedna paleta. Co ważne cienie są po prostu trwałe, doskonale aplikują się na powiekach i nie gromadzą w załamaniach. Lubię ten produkt nawet za opakowanie, które jest po prostu ładne i wyposażone w poręczne lusterko. Moja paletka ma 9 kolorów. W wersji 5-kolorowej kosztuje w regularnej cenie 240 zł.


3. Kredka do oczu Mac, Powerpoint Eye Pencil

Do codziennego makijażu oka zdecydowanie wolę używać dobrej, trwałej kredki niż eyelinera w tuszu. Aplikacja jest po prostu dla mnie łatwiejsza i szybsza. Kredka z MAC jest wododporna i nie wymaga poprawek w ciągu dnia. Nie ma też problemów z jej zmyciem, bo łatwo usunąć ją przy pomocy płynu micelarnego. Kredka daje ładny, matowy efekt bez rozmazywania. Jak dla mnie jest idealnie miękka i trwała. Mój kolor to nasycona czerń. W regularnej cenie kupicie ją za 75 zł.


Twarz

4. Fluid Revlon, Colorstay

O tym kosmetyku pewnie już czytałaś lub słyszałaś nie raz. Jest polecany przez wiele dziewczyn i makijażystów. Jest to kosmetyk średniopółkowy, który można kupić w większości drogerii. Podkład Revlonu - Colorstay zasłynął przede wszystkim dzięki swojej trwałości i doskonałemu kryciu. Ja trzymam się go od lat, mimo że moja cera się zmienia i nie wymaga obecnie dużego krycia. Nakładam go po prostu minimalną ilość i sprawdza się u mnie doskonale, przede wszystkim dzięki idealnie dobranemu kolorowi, którym jest Natural Beige (220). Wpada on w chłodny, jasny beż i pasuje do bladolicych słowiańskich karnacji. Używam wersji dla cery mieszanej i na co dzień rzadko stosuję dodatkowo puder do matowienia. Wolę naturalny efekt o satynowym wykończeniu, jaki daje mi sam fluid. W regularnej cenie kosztuje od 40-60 zł w zależności od sklepu.


5. Korektor Loreal Paris, True Match

Korektor musi u mnie sprawdzać się przede wszystkim pod oczy. Naturalnie mam mocno zasinione okolice pod oczami i ilość snu nie ma tu zbyt wiele do rzeczy. Korektor ma, więc w miarę sensownie kryć i rozświetlać. True Match od Loreala sprawdza się u mnie bardzo dobrze. Nie przesusza skóry i ładnie koryguje podkówki pod oczami stapiając się ze skórą. Używam koloru nr 2 'Vanilla" i jak dla mnie jest dobry, choć odrobinę wpada w żółtą tonację. Jest to też bardzo wydajny kosmetyk i ma sensowną cenę (ok 36 zł).



6. Róż w kamieniu, Bourjois

Pierwszy raz wypalany róż od Bourjois kupiłam w liceum. Od tej pory praktycznie zawsze mam jakiś egzemplarz w kosmetyczce, choć jest on tak wydajny, że chyba nigdy się nie kończy. Paleta kolorów jest po prostu ogromna, więc każda kobieta może dobrać idealny odcień do swojej cery. Róż nakładany dużym pędzlem, zamienia swoją konsystencję w puder i pięknie podkreśla policzki. Zwykle używam chłodnych lub mieniących się róży i mam wrażenie, że z tym kosmetykiem trudno o makijażową wpadkę. Efekt jest bardzo delikatny i subtelny, więc doskonale nadaje się na co dzień. Obecnie w kosmetyczce mam kolor nr 33 "Golden Lilac". Jest to delikatny brzoskwiniowy kolor, który nadaje policzkom odrobiny blasku. Nakładam go na szczyty kości policzkowych i po jednym muśnięciu pędzla wyglądam świeżo, a cera ma zdrowszy odcień. Zwykle róż ten można kupić za ok 54 zł.



Usta

7. Matowa pomadka w płynie - MAC, Retro Matte Liquid Lipcolour

O moim debiucie z czerwienią na ustach pisałam tutaj. Od tamtego momentu coraz odważniej sięgam po mocne i matowe kolory na usta, choć jeszcze kilka lat temu pomadka w kolorze nude, to był dla mnie szczyt makijażowego szaleństwa. Przekonałam się do mocnych ust dzięki genialnej makijażystce Mac Cosmetics, która nie tylko dobrała dla mnie genialny kolor głębokiego wina "Dance with Me", ale też pokazała jak użyć pomadki, by uzyskać najlepszy efekt. W pierwszej chwili musiałam przyzwyczaić się do zupełnie nowego wygląda i do kompletnie innej, ale własnej buzi. Efekt spodobał mi się na tyle, że zainwestowałam w pomadkę w płynie i absolutnie nie żałuję. Nie noszę jej na co dzień, ale na zwykłe, mniejsze i większe wyjścia owszem. Zawsze czuję się w niej doskonale i mam wrażenie, że inwestycja w ten kosmetyk zwróciła się w moim świetnym nastroju. W aplikacji trzeba nabrać odrobinę wprawy, ale z czasem idzie bardzo sprawnie. Sama pomadka daje bardzo matowe wykończenie, więc usta są po niej odrobinę przesuszone. W dniu, gdy chcę się nią umalować po prostu nakładam wcześniej balsam i jest ok. Noszę ją często nawet kilka godzin bez poprawek, ale po zjedzonym np. obiedzie zawsze wymaga korekty. Jej cena raczej nie zachęca do zakupu (107 zł), ale pociesza mnie to, że jest to wydajny kosmetyk :)


W zestawieniu chciałam Wam jeszcze pokazać zestaw Inglota do konturowania twarzy, ale jest wykończony do zera i nie zdążyłam uzupełnić zapasów. Myślę jednak, że teraz kupię coś nowego i jeśli się sprawdzi, przygotuję recenzję. Pokazałam Wam moją złotą 7, która wystarcza mi do zrobienia pełnego dziennego makijażu. Jestem ciekawa czy znacie i używacie tych samych, a może podobnych kosmetyków. Może mój wpis pomoże Wam w podjęciu zakupowych decyzji. 


Liczę mocno na Wasze komentarze, bo to pierwszy tak obszerny wpis kosmetyczny na blogu i jestem ciekawa jak Wam się podoba. Dajcie proszę znać :)

na zdjęciach:

Pędzle do makijażu - MAC
Czarna taca - H&M Home
Złoty Anas świeca - H&M Home
Srebrna świeca - H&M Home
Bransoletka ze złotym sercem - Lilou